Niedawno mieliśmy kampanię w miejscowości Villa el Triunfo (nie ma jej na Google Maps).
Преди известно време имахме кампания в малък град – Villa el Triunfo. Ако искате описание на български, може да ми пишете по вайбър 🙂

Jedziemy 14 osób pick-upem, 20 – 30 letnią Toyotą Hilux. W środku mieści się 6 osób plus kierowca, reszta podróżuje na pace. Bilety na pace są o kilka złotych tańsze. Podróż ma trwać 4 godziny. Tak naprawdę to nie jest daleko, ale trzeba jechać po grząskiej, polnej drodze.

Zbiórka o 7.30, ale to przecież Peru, więc wyjeżdżamy o 8.15 😉 Najpierw półtorej godziny po górskiej drodze jedziemy do miejscowości Alto Peru. Niestety do samej wioski nie wjedziemy – przez całą noc padało i pick-up nie jest w stanie przejechać rzeki. Mostu dla samochodów nie ma – jest tylko dla pieszych i motorów. Rzeka po ulewach wygląda jak płynące błoto, choć jeśli użyć wyobraźni, wygląda jak wielka rzeka czekolady 😀

Wyładowujemy wszystkie nasze rzeczy, przenosimy przez most i z drugiej strony czekamy na nowy transport u naszych nowych znajomych. Po domu biegają im świnki morskie – niedługo zostanie z nich tylko obiad. Trzy godziny później ładujemy się na kolejnego pick-upa. Co ciekawe po tej stronie rzeki nie ma żadnych samochodów osobowych, bo po prostu tu nie wjadą.

Jedziemy dalej. W nocy padało a więc droga jest w gorszym stanie niż zwykle. Parę razy przejeżdżamy przez rzeki. Po kilku km kończą się linie energetyczne – do dalszych wiosek i pojedynczych zabudowań prąd już nie dochodzi. Po jakichś 3 godzinach, pół godziny przed końcem podróży psuje się coś w samochodzie. Na szczęście udaje się to szybko naprawić i ruszamy dalej. Finalnie cała podróż zajmuje nam 8 godzin, ale w końcu dojeżdżamy do celu. Wioska, w której mieszka kilkaset mieszkańców. Przy prawie każdym domu panele słoneczne do ładowania telefonów itd. Niektórzy mają generatory prądu. Jak jest mecz lub ważne wydarzenie w telewizji to wszyscy się schodzą do jednej restauracji gdzie jest telewizor i generator prądu. Po zmroku wszyscy chodzą z latarkami.
Co ciekawe jechaliśmy jedyną drogą, którą można dotrzeć do tej wioski. Z drugiej strony są góry i dżungla. Jeśli chodzi o pogodę to może tutaj mocno grzać słońce, za chwilę być ulewa, po czym znów jest gorąco.


O 8:30 mamy zaplanowane śniadanie, ale mnie i mojego współpracownika jedna rodzinka spotkana w służbie zaprasza wcześniej. Na śniadanie jak zwykle w Peru ryż z sałatką i mięsem. Tak samo wygląda obiad. I kolacja zresztą też. Na deser camote – słodkie, czerwone ziemniaczki, a do picia chicha, czyli bardzo popularny i bardzo smaczny sok z czarnej kukurydzy.
Myślicie, że to już koniec świata?
Co prawda samochodem i motocyklem dalej się już nie da dojechać, ale do kolejnych wioseczek prowadzą górskie dżunglowe ścieżki. Rano spotykamy jednego człowieka, który idzie do swojej wioski. Zajmie mu to ok 5-6 godzin. Ale to jeszcze nic. Po chwili spotykamy kolejnego człowieka, z pełnym plecakiem. Mieszka 11 godzin pieszo. Dzień wcześniej przyszedł do wioski sprzedać swoje zbiory i zrobić zakupy. Oczywiście nie jest w stanie wrócić tego samego dnia, więc nocuje i wraca kolejnego. Część osób ładuje rzeczy na osiołki i tak wędrują.

My tak daleko się nie wybieramy, idziemy w 7 osób do wioski, w której jest kilkanaście domów. Wioska nazywa się „Serce Jezusa”. Droga do niej to 1,5 godziny przez góry, rzeki, dżunglę. Musimy przejść przez rzekę na tyle głęboką, że kalosze nam nic nie pomogą.
Także szybko zdejmujemy kalosze i… w drogę!
Dalej wspinamy się górzystą dżunglą aż w końcu docieramy na szczyt. Niektórzy bardziej zmęczeni, inni mniej, ale wszyscy szczęśliwi.

Spotykamy się z pozostałymi i wracamy do wioski. Standardowo się spóźnili, więc jest trochę obawa, że nie zdążymy wrócić przed zmrokiem, a nikt nie wziął latarek. Na szczęście z powrotem do wioski docieramy akurat jak zaczyna robić się ciemno. Ufff, udało się 😀
Nasza 7-osobowa grupa jest cała w błocie, ale zostało nam jeszcze trochę ponad pół godziny na szybki prysznic. Na dworze jest już ciemno, w domach widać tylko latarki, światło ze świeczek albo z żarówek, jeśli baterie zdążyły się naładować w ciągu dnia.

Kolejnego dnia wracamy – tym razem droga zajęła tylko nieco ponad 4 godziny. Rzeka już opadła, więc udało się bezpośrednio dojechać do Soritoru. Przy rzece pieszo przechodzimy przez most, a nasze bagaże przejeżdżają pick-upem przez rzekę.
To był zdecydowanie niezapomniany weekend 😀